Wydarzenia kulturalne

Hej sokoły! czyli po obozie wędrownym w Sokoliki

Obozowy film Asi Czapczyk - wystarczy kliknąć :)
Fotorelacja Basi - wystarczy kliknąć tu :)
Kronika obozowa Mateusza Młynarskiego - wystarczy przeczytać ;)
Dzień 1 ( 5.09.2018r.)
 
4:10 Wstałem... tryskam energią i cięciami do działania... 3 godziny snu to wystarczająco? Zacząłem się ogarniać i kończyć pakować (mama na mnie krzyczy, że takie rzeczy robi się wcześniej... że nie budzi się o tej godzinie domowników i takie tam...)
4:45 Zadzwonił do mnie Michał, żeby spytać się, gdzie jest miejsce zbiórki... 
5:00 Godzina zbiórki, śpiewamy Basi sto lat i takie tam (ktoś tu już jest dorosły)
6:00 Dotarliśmy do Poznania 
6:35 Pociąg rusza?
Koniecznie kliknij " Czytaj więcej" :)
Podróż mija bardzo przyjemnie gramy w mafię, co poniektórzy uprawiają hazard, Dawid psuje zasłony, do Kuby dosiada się jakaś starsza pani, z Julką oglądamy memy
11:30 Dotarliśmy na miejsce. Ruszamy lekkim krokiem, praktycznie bez obciążenia... Droga do schroniska minęła szybko, bardzo szybko... wystarczyło mrugnąć, żeby przegapić pół trasy...
Odłożyliśmy plecaki i wszystko co zbędne i udaliśmy się w niesamowitą podróż do krainy Narnii, tzn. na górę Krzyżną
Po zdobyciu naszego mini Everestu udaliśmy się pieszo w dół niczym (tu powinno być co szybko porusza się w dół, ale brak weny wśród uczestników zmusił mnie do stworzenia tego nawiasu) Następnie zaliczyliśmy górę Sokolik i sklep (zakupowy haul pełną parą) Następnie wróciliśmy do domu (upolowaliśmy nawet psa po drodze (podstępnie zwabiliśmy go do schroniska a tam...)) 
Wieczorem odbyły się fenomenalne warsztaty prowadzone przez Zosię przy ognisku.
 
Dzień 2 ( 6.09.2018r.)
 
7:40 Pola się o mnie martwi, myśli że umarłem (adorable 102%), myślała nawet o resuscytacji, ale jednak żyłem...
8:00 wstałem... inni nie wiadomo po co wstali już po 7:00... pełen energii i ochoty do działania (tak naprawdę to nie) ruszyłem umyć zęby
8:30 zjadłem przepyszne śniadanie (opłacało się prowadzić tego psa aż do schroniska??) wypiłem dwie kawy i to było mało... zdecydowanie za mało...
W międzyczasie naładowałem telefon, całe 39% jest moc mogę zmienić świat
9:30 Czekamy na (tutaj powinno paść imię ale nie wiem na kogo czekamy) 
Ruszamy nie czekaliśmy jakoś długo
Ahoj przygodo
9:32 Michał czytając me wspaniałe wypociny zaczął się śmiać i prawie się wywalił (bawi mnie jego nieporadność na tym obozie, ale "w naszej szkole każdy jest przyjacielem...")
???? Patryk zaczął pić monsterka... może niepozorne zdarzenie, ale jego skutki będą dotkliwie dla wielu członków grupy następnego dnia...
11:34 Dotarliśmy do zamku Bolczów, całkiem spoko miejsce. Kuba znalazł nawet jakiś klocek lego
11:40 Michał udowodnił że nie nadaje się na asasyna...  chociaż twierdzi, że to przez brak siana xD
12:08 razem z chłopakami i dziewczynami zeszliśmy do piwnicy/krypty (nie wiem jak to określić), było trochę ciemno, a jak zamknęło się oczy to już w ogóle... totalnie ciemno... Razem z Erykiem znaleźliśmy skarb (wiadomość alfabetem morsa) sądzimy, że złoty pociąg niekoniecznie musi być w Wałbrzychu...
12:24 Usłyszeliśmy legendę o zamku i jej wspaniałych mieszkańcach 
 14:47 mamy przerwę na jedzenie!!! 
 16:36 Dotarliśmy do obozu (w planach turniej w papier kamień nożyce) Kobiety nagle mają gdzieś równouprawnienie... 
 17:00 Zaczęliśmy obiadokolację... szału nie było, ale... dobra, będę szczery... nie najadłem się... 
 Pomiędzy 21 a 22 zaczęliśmy grać w mafię (starsi coś knuli w pokoju obok...)
 Około 00:00 wykąpałem się (Teraz szokująca informacja: woda była cieplejsza niż wczoraj, nie mówię, że ciepła, ale nie chciałem nawet krzyczeć kiedy poczułem wodę na ciele)
 
Dzień 3 (7.09.2018r.)
 
00:45 Nadal gramy w mafię
01:00 Patryka zaczęło nosić... (Wszyscy przystojni mężczyźni byli zagrożeni)
01:14 Patrykiem miota jakiś szatan...
01:20 Patryk nagrywa vlogaski... słyszę lekkie poirytowanie Dawida...
01:30 Pełen strachu i obaw zasnąłem... Patryk nadal może się gdzieś tam czaić
8:00 Obudziłem się ogarnąłem i ruszyłem na śniadanie
9:00 Ahoj przygodo!!!
9:01 Jacyś dziwni ludzie udający sokoły i jeden specyficzny typ wyglądający jak autystyczny brat Stenia dał nam zadania (zrobić kij a'la Gandalf wieniec/koronę i piosenkę)
W trasie zwiedziliśmy miasto, którego nie ma (WTF?!)- Miedziankę, Kolorowe kałuże tzn. jeziorka - i to tam nas dopadli. Chrzest obozowy...
         I tutaj specjalny podrozdział dotyczący naszego "Krztu". A dlatego specjalny? Dlatego, że nie można takiego wydarzenia opisać w kilku punktach kroniki, bo to co się tam działo... przechodzi ludzkie pojęcie,  pragnę jeszcze zwrócić uwagę, że ten fragment jest pisany po wszystkim dlatego brak godzin itp...  Dobra, koniec poważnych i nudnych wstępów zaczynamy...
Wszystko zaczęło się od rozdzielenia nas? Starsi poszli gdzieś w dół, ja i reszta młodych sokolików musieliśmy zostać... Nie żeby było to jakieś tragiczne, bo mogliśmy usiąść, skorzystać z toalety (w porównaniu do naszej w schronisku ta to był jakiś cud z innej galaktyki), mogliśmy coś zjeść pośmiać się z Michała, doszlifować nasze sokoliki oraz nauczyć się piosenki (Eurowizja jest nasza).  Niestety dla nas, stety dla nich, nadszedł kres odpoczynku... Przybyły po nas jakieś upośledzone sokoły/rdzenni mieszkańcy tutejszych lasów- nie wiem jak to dokładnie nazwać...  To znaczy ich Jeden coś nawet ogarniał po naszemu i próbował się komunikować (nie wiem dlaczego, ale przypominał mi wybrakowaną wersję Stenia...  może to przez ten brak oka?) Wzięliśmy nasze piękne sokoliki (mój był najpiękniejszy) i ruszyliśmy trasą wyznaczoną przez naszych jakże wygadanych przewodników. Kiedy doszliśmy na sam dół, do celu naszej podróży, ujrzeliśmy go...  Wielkiego Wodza... Szefa wszystkich szefów! Siedział na tronie, u swoich stóp miał... no właśnie... ciężko zdefiniować ten nowy gatunek, ale swoją nieporadnością i zagubionymi oczami nadrabiały wszystkie swoje niedoskonałości... Chyba nawet na swój sposób były urocze, ale wracając do najważniejszej persony tego wydarzenia (i tutaj małe zaskoczenie nie będzie teraz o mnie), Wielki Wódz, Duch Gór, pan i władca wszystkich tu obecnych (wcale się nie podlizuję)  przemówił...  Okazało się, że od dłuższego czasu byliśmy pod obserwacją i teraz czeka nas ostateczny egzamin/test zwieńczony nadaniem nam pseudonimów i mianowaniem nas na pełnoprawnych członków tego jakże elitarnego i wspaniałego grona Obozowiczów. Dostaliśmy kilka zadań, każdy musiał zaprezentować swojego sokolika, grupowo musieliśmy zaśpiewać naszą wspaniałą piosenkę, nie obyło się bez pokłonów dla wodza, wspólnie utworzyliśmy też z naszych ciał zamek Bolczów (współczesna architektura przy tym co zrobiliśmy to dno), na koniec musieliśmy zrobić Neymara... (kto ma wiedzieć, ten wie o co chodzi ?)  Kiedy byliśmy już zmęczeni i ubrudzeni do granic możliwości nadszedł ten czas... Każdy musiał stanąć przed obliczem Ducha Gór gdzie zostaliśmy okrzczeni oraz zostały nadane nam imiona obozowe. Michaś wreszcie został upragnionym Asasynem- mimo tylu upadków i jego nieporadności w końcu udało się! Nasz mały Michał jest asasynem, a pamiętam jakby wczoraj, jak mały nieporadny Michałek upadał i staczał się z kamyczka na kamyczek... Ehhh... Jak one szybko dorastają... (Mała przerwa na ckliwe wspomnienia i łzy wywołane nostalgią... ??)
Tak zakończył się nasz krzest... Wspaniała przygoda pełna śmiechu z wspaniałymi ludźmi.

Po krzcie wróciliśmy z nowymi pseudonimami i chęciami do życia nowiutkimi ful wypas busem do schroniska (spodziewałem się, że gdzieś tutaj jest haczyk, ale o dziwo nie było) 
Po powrocie czekał nas kolejny zajefajny wieczór: kolacja, świetne warsztaty, okazało się że moje opowieści i sposób przedstawiania różnych wydarzeń jest niebezpieczny (biedna Asia zaczęła się śmiać/płakać/dusić wszystko jednocześnie dobrze że obok był Filip, bo biedaczka prawie wylądowała na podłodze). Po warsztatach graliśmy w traktor (szczegółów nie mogę zdradzić). Wieczór minął nam na graniu w mafię (to była gra życia), rozmowach z absolwentami LO, którzy do nas dołączyli, jedzeniu słodkości...Do ideału brakowało tylko ciepłej wody pod prysznicem, ale nie można mieć wszystkiego...
Nikt nie wiedział, że to ostatnia taka spokojna i bezstresowa noc...

Dzień 4 (8.09.2018r.)

Budzimy się (prawie wyspani...),  razem z moją grupą ruszam przygotować śniadanie dla reszty (trafił się nam najgorszy dzień z możliwych ale mniejsza o to...). Po śniadanku ekspresowe pakowanie, ogarnianie się i do autobusu (mogłem nadrobić braki w śnie)  Dotarliśmy do wypasionego schroniska w Karkonoszach przywitał nas przesympatyczny pan Piotr (warto zapamiętać ten fragment), zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy w trasę. Było cudownie, jak zawsze. Widoki oczywiście dopisały, pogoda również, udało nam się zdobyć Śnieżkę? (Ou yea) - od zachodniej strony,  następnie ruszyliśmy w dół na obiad inny niż zwykle... W schronisku Strzecha Akademicka mogliśmy zamówić co chcemy (OMG ??), a potem  zwiedzania i podziwiania ciąg dalszy. Na końcu naszej trasy, przy świątyni Wang czekały na nas busy (wspomnę tylko o drobnym szczególe, a mianowicie zapomnieliśmy jednej osoby... Brawo Asia jesteś świetnym opiekunem grupy)  Wróciliśmy do ośrodka nie wiedząc co nas czeka... Mogłem się domyślić, że 3 prysznice z ciepłą wodą, więcej niż dwa pokoje, piękny wygląd i niesamowity klimat to za dużo szczęścia na raz... I tutaj zaczynają się schody oraz raporty "Z życia w stresie":
00:31 podliczamy zapasy żywności i jedzenia, szacujemy ile jesteśmy w stanie przeżyć bez opuszczania pokoju
00:34 zastanawiamy się, dlaczego Maciej nadal nie wraca... może spotkał sympatycznego Pana Piotra... przynajmniej więcej jedzenia dla naszej grupy, szanse stada na przeżycie zwiększają się
0:49 Maciej wrócił
0:49 Mamy gościa szef obozu przybył wesprzeć partyzantów, za nami wspaniała patriotyczna i wzruszająca mowa motywacyjna teraz wiemy, że warto walczyć i walczymy za szczytny cel. Nie damy się! To jeszcze nie są nasze ostatnie słowa
0:54 Przybyło wsparcie!!! Z obozu numer 8 przybył partyzant Michał pseudonim "Asasyn"
0:55 Otrzymaliśmy wsparcie z bazy głównej, dowództwo wysłało agentkę - Natalię Żelazko do Internetów w celu zniszczenia zaplecza Pana Piotra pseudonim "Szajbus"
01:03 partyzant Michał zaczął działać, próbuje nawiązać kontakt z resztą ocalałych
01:06 Dowództwo partyzantki nas opuściło, to bardzo ważny moment, zostaliśmy sami zdani na siebie
01:13 Wraz z Asasynem udałem się naładować energię na noc. Misja kryptonim "powrót energii" zakończona sukcesem
01:16 Partyzant Julia zmienia barwy wojenne, mundur dostosowany do sytuacji (spodenki wyciszające kroki w nocnych barwach (czarny) umożliwiające szybkie poruszanie i unikanie pijanych szajbusów, technologia od naszych przyjaciół ze Stanów)
01:18 Rota wjechała na rejony, wola walki i nastroje patriotyczne wzrastają
01:26 Pierwsze oznaki głodu... to już nie tylko walka z ciałem, ale również z psychiką
01:32 Maciej zaczyna czuć stan "odmóżdżenia", kolejni partyzanci zaczynają prowadzić wewnętrzną walkę
01:34 Partyzantka Zosia skonstruowała logo naszej grupy podziemnej
I tak do rana...

Dzień 5 ( 9.09.2018r.)
Okazało się , że "przemiły" pan Piotr "tu nie pracuje!"...
Chyba najlepszy dzień, ale zarazem najsmutniejszy... ostatni dzień,  dzień rozstania i pożegnań, ale po kolei
Poranek minął nam na rozmowach o minionej nocy, czytaniu kronik oraz składaniu życzeń Maksowi. Następnie udaliśmy się do Jeleniej Góry (Kościół Pokoju, cerkiew, Rynek, Pizza Hut :D). Po wszystkim udaliśmy się do pociągu, aby ruszyć w drogę powrotną...
To była najlepsza podróż pociągiem w życiu! Klimat i atmosfera podróży nie do podrobienia. Mimo że trasa była długa, to przez ludzi i panującą atmosferę w ogóle tego nie odczułem. Całą drogę śpiewaliśmy śmieszkowaliśmy sobie i wypisywaliśmy kartki dla innych (najlepsza pamiątka z obozu). Dostaliśmy też pączki limited edition (były boskie, współczesny nektar i ambrozja)
Kiedy dojechaliśmy do Poznania przesiedliśmy się do autokaru i czekała nas już prosta droga do Pniew... Tam na miejscu wszystko dobiegło końca, nadszedł czas pożegnań... przytulaski przed LO i... czekamy na kolejną wyprawę.
 
Ostatnio zmienianyczwartek, 08 listopad 2018 18:14