|
Recenzje z ostatnich wyjazdów do opery i operetki...
Mając do wyboru: teatr i kino, często wybieramy tę drugą opcję. Dlaczego? Kino jest formą rozrywki nie wymagającą wiele od odbiorcy. Wybierając się tam nie trzeba zakładać niewygodnych butów na obcasach, czy - w przypadku mężczyzn- „podduszających” krawatów. Można zasiąść przed ekranem z mega paczką popcornu i coca colą. Decydując się na wyjazd do teatru musimy-przede wszystkim-liczyć się z dużo większymi kosztami oraz tym, że spotkamy się z wymagającą formą sztuki. Dlatego wielu z nas niechętnie reaguje na hasło „wyjazd do teatru”. Mimo to, kiedy dowiedziałyśmy się, że w naszej szkole organizowany jest wyjazd do Teatru Wielkiego na operę „Straszny Dwór”, postanowiłyśmy pojechać i, nie opierając się na opinii innych, ocenić czy było warto. Wyrobiłyśmy sobie na ten temat pewne zdanie już w momencie, kiedy znalazłyśmy się przed gmachem teatru. Monumentalny budynek zrobił na nas ogromne wrażenie. Gdy już znalazłyśmy się w środku naszą uwagę przyciągnęły czerwone dywany. Stąpając po nich czułyśmy się prawie jak w Hollywood. :D Po otrzymaniu biletów udałyśmy się na wskazane nam miejsca. Kiedy już zasiadłyśmy na widowni, miałyśmy dość czasu, aby podziwiać wspaniały wystrój sali. Oglądałyśmy misternie zdobione ściany, wspaniałą kurtynę, ale przede wszystkim ogromny, kryształowy żyrandol. Wyczuwalne było lekkie napięcie - muzycy stroili instrumenty, a widzowie oczekiwali pierwszych taktów muzyki- atmosfera była podniosła. Kurtyna poszła w górę. <szok&wstrząs> Nie wierzyłyśmy własnym oczom (i uszom)! Scena prezentowała się wspaniale, dzięki odpowiedniemu oświetleniu i scenografii, sprawiała wrażenie dużo większej niż w rzeczywistości. Śpiewacy (doskonale ucharakteryzowani) stworzyli zapierające dech w piersiach widowisko. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć! W roli Zbigniewa miałyśmy okazję zobaczyć absolwenta naszego liceum, pana Rafała Korpika, którego arie podobały się nam oczywiście najbardziej J Niestety nie wszystkie części opery były dla nas zrozumiałe L z powodu specyfiki przekazywania treści (śpiewu). Nie można nie wspomnieć o fantastycznej scenografii- sprawiała wrażenie bardzo stabilnej, trwałej i trudnej do przesunięcia - podczas gdy aktorzy zmieniali ją z łatwością. Największe wrażenie wywarła na nas scena, w której córki Miecznika: Hanna i Jadwiga straszyły swoich adoratorów (udając ruszające się postacie w obrazie). Opera z pewnością nie byłaby tak widowiskowa gdyby nie orkiestra, pod dyrekcją Pawła Przytockiego. Pod koniec spektaklu wystąpił balet, jego perfekcyjnie wykonany mazur wywołał burzę oklasków. Opera „Straszny Dwór” została nagrodzona przez widownię owacjami na stojąco. Naszym zdaniem w pełni zasłużonymi.
Nie żałowałyśmy ani chwili. Z niecierpliwością czekamy na kolejny wyjazd. Zachęcamy wszystkich-NAPRAWDĘ WARTO! Fasolka i Buba
W swojej recenzji chcielibyśmy podzielić się z Wami swoimi refleksjami po obejrzeniu spektaklu pod tytułem „ Straszny dwór ”, który mieliśmy okazję obejrzeć w Teatrze Wielkim w Poznaniu 12 lutego. Jest to opera Stanisława Moniuszki opowiadająca o powracających z wojny braciach, synach stolnika- Zbigniewie i Stefanie, którym nie bardzo spieszyło się do rezygnacji z życia kawalerskiego. Gdy jednak poznali córki Miecznika : Hannę i Jadwigę, zmienili zdanie… Resztę dowiecie się sami wybierając się na spektakl. Teraz opowiemy o tym, co zainteresowało nas…poza fabułą. Na szczególną uwagę zasługuje scenografia i kostiumy oddające klimat starej szlacheckiej opowieści o dawnych czasach, rodem trochę z Mickiewicza, trochę z Fredry. Słowa uznania należą się reżyserowi, który podjął się tak trudnego przedsięwzięcia, jakim jest wyreżyserowanie arcydzieła polskiej operowy. Kolejnym atutem wystawianej na deskach teatru sztuki jest gra aktorska. Na pochwałę zasługuje pan Rafał Korpik, absolwent naszej szkoły, który wcielił się w postać Zbigniewa oddając wiarygodnie jego osobowość. Naszym zdaniem najciekawszą częścią spektaklu był słynny mazur w choreografii Emila Wesłowskiego, który zakończył sztukę. Jeśli chodzi o muzyczno- wokalną stronę tego przedstawienia, atutem z pewnością są chóry, pięknie śpiewające i wyraźnie brzmiące. Podsumowując całość, wart było tam być zobaczyć i wysłuchać. Gorąco polecamy !!! Klaudia i JA ;)
Czasem człowiek musi się po prostu „odchamić”, pojechać do kina, teatru albo na jakąś wystawę. W moim przypadku zdarzyło się tak, że spotkało mnie to dwa razy… pod rząd! Byłem w operze i w operetce. Już za chwilę przeczytacie relacje z tych wyjazdów i małe porównanie. Na początku wspomnę, że był to mój pierwszy raz… Czasem ludzie zastanawiają się, jak to będzie, czy sobie poradzą i inne takie. Na wszystko przychodzi pora, więc nie ma się czym denerwować, tylko dać sobie szansę. Pojechałem… Już samo główne wejście do opery fascynowało i przytłaczało swoim majestatem, więc nieśmiało przekroczyłem progi teatru. Najpierw oczekiwanie na rozdanie biletów, potem czasowa separacja od kurtek i płaszczy - zajęły się nimi miłe Panie, no i wreszcie wkroczenie na salę, połączone z szukaniem swojego fotela. Niestety - mimo że miałem piękne miejsce w wyśmienitym towarzystwie, to odległości między rzędami były zbyt wąskie. Wiązało się to z okropnym bólem kolan i gdyby nie przerwy, to pewnie skończyłoby się to trwałym kalectwem. Może teraz coś o samym spektaklu - „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki to opowieść o dwóch wojakach, Stefanie i Zbigniewie, którzy wracają do domu z tak zwanego „woja”. Głoszą peany na cześć życia w samotności, bez kobiet („Wiwat! Wiwat, wolny stan!”). Docierają do Miecznika i poznają jego niezwykle urodziwe córki - Hannę i Jadwigę. Na tym byłby koniec, gdyby nie jeszcze jedna kobieta - Cześnikowa, stryjenka braci. Ma ona zamiar wyswatać ich z kim innym. Opowiada więc Miecznikowi jacy to tchórze i zniechęca go do oddania im jego córek. Damazy - miejscowy zalotnik - ma chrapkę na Hannę i Jadwigę, tak więc rozpowiada plotkę o strasznym dworze. Panicze dowiadują się o tym, ale wcale się nie boją - wyjeżdżają tylko dlatego, że chcą dotrzymać postanowienia („Ani jednej! Ani pół!” - kobiety, ma się rozumieć). Wszystko, rzecz jasna, kończy się happy endem - kochajmy się! Amen. Teraz trochę o samej formule opery. Wszystkie kwestie bohaterów są śpiewane - nie wiem jak inni, ale ciężko mi było czasem usłyszeć co śpiewa dany osobnik. Muzyka jest oczywiście grana na żywo przez orkiestrę. Właściwie to muzyka była bardzo profesjonalna i pięknie wykonana - jak ktoś lubi takie klimaty to polecam. Kolejnego dnia było mi dane odwiedzić Poznań ponownie. Tym razem pojechałem do operetki, na „Wesołą Wdówkę”. Nie ma co się rozpisywać o fabule - pokazuje ona (nieprawdziwy zresztą) wizerunek typowych mężczyzn. Pojawia się bogata wdowa (20 milionów na koncie!), a kto pierwszy, ten lepszy (czytaj - zgarnie całą pule). Adoratorów jest więcej niż sama wdowa by chciała. Na szczęście znajduję się ten jeden, wspaniały, dla którego nieważne są pieniądze, a sama miłość. I znowu mamy happy end. Amen. Tak jak opera była w całości śpiewana, tak tutaj większość czasu mówiono, a śpiewano tylko w ważniejszych momentach. Sama fabuła była też lżejsza i powodowała wybuchy śmiechu na sali. Tym razem nie miałem problemu ze zrozumieniem o czym śpiewają bohaterowie - głosy były wyraźne, a orkiestra (także na żywo) grała wyśmienicie. Podsumowując trzeba powiedzieć jedno - różne są gusta. Jeśli ktoś na samo słowo „teatr” dostaje spazm, to powinien sobie darować wyjazdy dokądkolwiek - nic mu się nie spodoba. A jeśli ktoś lubi posłuchać dobrej muzyki i czasem zaśmiać się, to jak najbardziej polecam operetkę. Gdy ktoś zaczyna swoją przygodę z kulturą, to swój pierwszy raz powinien przeżyć właśnie w operetce. Do opery trzeba podejść z innym nastawieniem - dowiedzieć się kto, co, jak, z kim i po co… . Wybór pozostawiam Wam, ale pamiętajcie co napisałem wcześniej. Mateusz
|